zaawansowane »
wróæ na stronê g³ówn± rejestracja | logowanie   


.
.
Historia
.
Budowa
.
Ekologia
.
Wykorzystanie
.
Systematyka
.
Literatura
.
S³ownik terminów
.
S³ownik nazw drzew i krzewów
.
Lista Opisów Drzew
.
.
.
Sztuka
.
Ciekawostki
.
Galerie
.
Tapety
.
Sondy
.
.
.
Felieton

JEAN GIONO:
„Cz³owiek, który sadzi³ drzewa”

2003-12-01


Charakter ludzki kryje niekiedy wyj±tkowe warto¶ci i, w sprzyjaj±cych okoliczno¶ciach, mo¿na zaobserwowaæ ich dzia³anie w bardzo d³ugim okresie czasu. Je¶li dzia³ania te pozbawione s± egoizmu, a idea która nimi kieruje jest pe³na niewyobra¿alnego dobra, nie domaga siê ¿adnego zado¶æuczynienia, a przede wszystkim, je¶li dzia³ania te pozostawiaj± ¶wiatu trwa³e ¶lady, wtedy bez w±tpienia mamy do czynienia z niezapomnianym charakterem.

Jakie¶ czterdzie¶ci lat temu wybra³em siê na d³ug± wêdrówkê na wzgórza, w okolice ca³kowicie nieznane turystom, gdzie Alpy wkraczaj± do Prowansji.
Region ten jest ograniczony od po³udniowego-wschodu i po³udnia ¶rodkowym biegiem Durance, miêdzy Sisteron a Mirabeau; od pó³nocy górnym biegiem Drôme, od jej ¼róde³ do to Die; od zachodu równinami hrabstwa Venaissin i podnó¿em Mont Ventoux. Obejmuje ca³± pó³nocn± czê¶æ departamentu Basses-Alpes, po³udniow± Drôme i ma³± enklawê Vaucluse.

W czasie, gdy podj±³em m± podró¿ przez te pustynne okolice, by³y to ja³owe i monotonne ziemie na wysoko¶ci 1200 do 1300 metrów. Nie ros³o tam nic oprócz dzikiej lawendy.
Wêdrowa³em przez najdziksze partie tego regionu i po trzech dniach marszu znalaz³em siê w kompletnym pustkowiu. Rozbi³em obóz w s±siedztwie ruin porzuconej wioski. Poprzedniego dnia zu¿y³em resztki mej wody, wiêc musia³em jej poszukaæ. Mimo, ¿e zrujnowane, domy ¶ci¶niête razem, przypomina³y stare gniazdo os i przywodzi³y mi my¶l, ¿e musi tam byæ ¼ród³o lub studnia. By³o tam rzeczywi¶cie ¼ród³o, ale wyschniête. Piêæ czy sze¶æ bezdachych domostw, zniszczonych przez s³oñce i wiatr, i ma³a kaplica z wal±c± siê dzwonnic±, sprawia³y wra¿enie normalnej wioski, ale wszelkie ¿ycie znik³o.

By³ piêkny, czerwcowy, s³oneczny dzieñ, ale w tej opustosza³ej okolicy, wysoko pod niebem wiatr d±³, ¶wiszcz±c z niezno¶n± brutalno¶ci±. Jego pomruki w szkieletach domów przypomina³y warczenie dzikiej bestii, której przerwano posi³ek.
Musia³em przenie¶æ swój obóz. Po piêciu godzinach marszu nie znalaz³em wody i nic nie wskazywa³o na to, ¿e j± znajdê. Wokó³ zeschniêta ziemia i zdrewnia³e, suche chaszcze. W pewnym momencie w oddali zauwa¿y³em ciemn± sylwetkê, wiêc z nadziej± skierowa³em siê w tym kierunku. By³ to pasterz, otoczony stadem z³o¿onym z oko³o 30 owiec, spoczywaj±cych na spieczonej ziemi.
Da³ mi siê napiæ ze swego buk³aka, a potem zaprowadzi³ mnie do swej zagrody, schowanej poni¿ej w fa³dzie p³askowy¿u. Wyci±ga³ sw± wodê – znakomit± – z naturalnej, bardzo g³êbokiej dziury, nad któr± zainstalowa³ prymitywny ko³owrót.

Cz³owiek ten niewiele mówi³, co bywa normalne w¶ród samotników. By³ zarazem pewny siebie i pe³en ufno¶ci, co by³o godne uwagi na tej ziemi odartej ze wszystkiego. Nie mieszka³ w szopie, lecz w domku z kamienia, którego wygl±d ¶wiadczy³ o tym, ¿e w³asnymi rêkami odbudowa³ go z ruin, jakie zasta³ po przybyciu. Dach by³ solidny i szczelny. Wiatr wali³ o dachówki, ha³asuj±c jak morze miotaj±ce fale na brzeg.
Gospodarstwo by³o utrzymane w porz±dku, naczynia pomyte, pod³oga zamieciona, strzelba przesmarowana, na ogniu gotowa³a siê zupa. Zauwa¿y³em tez, ¿e by³ ¶wie¿o ogolony, wszystkie guziki mia³ solidnie przyszyte, a rzeczy pocerowane starannie, aby nie by³o widaæ ³at.
Podzieli³ siê ze mn± swoj± zupa, a gdy potem poczêstowa³em go tytoniem, powiedzia³ ¿e nie pali. Jego pies by³ tak samo cichy jak on, przyjazny, ale nie p³aszcz±cy siê.

Szybko uzgodnili¶my, ¿e spêdzê tu noc, bo najbli¿sza wioska le¿a³a w odleg³o¶ci ponad pó³tora dnia marszu. Ponadto, zna³em doskonale charakter nielicznych wiosek w tej okolicy. Jest ich cztery, czy piêæ rozrzuconych daleko od siebie na zboczach wzgórz, z bia³ymi dêbami na skraju dróg wyje¿d¿onych przez wozy. Mieszkaj± w nich drwale, wypalaj±cy wêgiel drzewny. S± to miejsca, gdzie panuje bieda. Rodziny, st³oczone w ma³ych chatkach, surowy klimat, zarówno zim±, jak i latem, ci±g³e, samolubne spory ze wszystkimi. Bezsensowne sprzeczki przekraczaj± granice rozs±dku, podsycane ci±g³ymi my¶lami i obawami przed ucieczk± stamt±d. Mê¿czy¼ni wywo¿± wêgiel drzewny do miast, a potem wracaj±. Najsolidniejsze charaktery rysuj± siê pod ci±g³ym prysznicem szkockiej. Kobiety ogarnia gorycz. Wszêdzie panuje walka – od sprzeda¿y wêgla po miejsce w ko¶cielnych ³awkach. Cnoty walcz± ze sob±, wystêpki walcz± ze sob±, trwa równie¿ nieustanna walka cnot z wystêpkami. Na domiar z³ego nieprzerwany wiatr szarpie nerwy. Szerz± siê samobójstwa, przypadki ob³êdu, czêsto ¶miertelne.

Pasterz, który nie pali³, wyci±gn±³ torbê i wysypa³ na stó³ stos ¿o³êdzi. Zacz±³ je ogl±daæ i z wielk± uwag± oddziela³ dobre od zepsutych. Ja pali³em fajkê. Zaoferowa³em mu pomoc, ale stwierdzi³, ¿e to jego robota. Widz±c, z jakim zaciêciem to robi, nie nalega³em. To by³a ca³a nasza rozmowa. Gdy nazbiera³ niema³± kupkê dobrych ¿o³êdzi, zacz±³ je liczyæ po dziesiêæ. W tym czasie odrzuci³ kolejn± czê¶æ najmniejszych sztuk i takich, w których w trakcie ponownego badania odkry³ najdrobniejsze rysy. Skoñczy³ gdy le¿a³a przed nim setka doskona³ych ¿o³êdzi – wtedy poszli¶my spaæ.
Towarzystwo tego cz³owieka dawa³o mi poczucie spokoju. Nastêpnego dnia rano spyta³em, czy mogê z nim zostaæ jeszcze jeden dzieñ. Uwa¿a³ to za ca³kiem naturalne. Lub raczej sprawia³ wra¿enie, ¿e nic nie jest w stanie zak³óciæ jego spokoju. Odpoczynek nie by³ mi potrzebny, ale by³em zaintrygowany i chcia³em wiêcej dowiedzieæ siê o tym cz³owieku. Wypu¶ci³ swoje stado z zagrody i wyprowadzi³ na pastwisko. Przed wyj¶ciem namoczy³ w wodzie woreczek z ¿o³êdziami, tak uwa¿nie przebranymi i policzonymi.

Zwróci³em uwagê, ¿e zamiast laski wzi±³ z sob± ¿elazny prêt grubo¶ci palca, na pó³tora metra d³ugi. Wyruszy³em na spacer tras± równoleg³a do jego drogi. Pastwisko le¿a³o na dnie ma³ej dolinki. Zostawi³ stado pod opiek± psa i zacz±³ siê wspinaæ siê w moim kierunku. Obawia³em siê, ¿e nadchodzi, aby mnie zbesztaæ za nadmiern± ciekawo¶æ, ale têdy prowadzi³a jego marszruta, nawet zachêci³ mnie do wspólnego marszu, o ile nie mam nic lepszego do roboty. Wspina³ siê jeszcze jakie¶ dwie¶cie metrów w górê zbocza.
Po doj¶ciu na miejsce rozejrza³ siê i zacz±³ waliæ w ziemiê ¿elaznym prêtem. Tym sposobem wykopa³ dziurê, w któr± w³o¿y³ ¿o³±d¼, a nastêpnie j± zasypa³. Sia³ dêby. Spyta³em, czy to jego ziemia. Odpowiedzia³, ¿e nie. Czy wie, czyja to ziemia? Nie wiedzia³. Przypuszcza³, ¿e to ziemia komunalna, lub kogo¶, kto o ni± nie dba. Sam nie troszczy³ siê o to, kto jest w³a¶cicielem. Podobnie, z wielka uwag±, zasadzi³ swoje sto ¿o³êdzi.

Po obiedzie zacz±³ znowu przebieraæ ¿o³êdzie. Musia³em nalegaæ z pytaniami, aby uzyskaæ odpowied¼. Od trzech lat sadzi³ drzewa w ten sposób. Wysia³ sto tysiêcy sztuk. Z tego dwadzie¶cia tysiêcy wykie³kowa³o. Liczy siê z utrat± po³owy z nich – zjedzonych przez gryzonie i wszystko inne, co jest nieprzewidywalne w planach opatrzno¶ci. Tak wiêc zostaje dziesiêæ tysiêcy dêbów w miejscu, gdzie przedtem nic nie ros³o.
W tym momencie zacz±³em siê zastanawiaæ, w jakim jest wieku. Wygl±da³ na ponad piêædziesi±t lat. Powiedzia³, ¿e ma piêædziesi±t piêæ. Nazywa³ siê Elzéard Bouffier. Mia³ kiedy¶ gospodarstwo na równinach, gdzie spêdzi³ wiêkszo¶æ ¿ycia. Straci³ swego jedynego syna, a potem ¿onê. Przeniós³ siê wiêc na odludzie, gdzie czerpa³ przyjemno¶æ ze spokojnego ¿ycia ze stadem owiec i psem. Zaobserwowa³, ¿e okolica zamiera w zwi±zku z brakiem drzew. Nie maj±c nic lepszego do roboty postanowi³ znale¼æ lekarstwo na tê sytuacjê.
Prowadz±c, tak jak ja w tym czasie, samotnicze ¿ycie, pomimo m³odo¶ci, wiedzia³em jak delikatnie nale¿y postêpowaæ z samotnikami. Ale pope³ni³em b³±d. Moja m³odo¶æ wymusza³a wizje przysz³o¶ci, w poszukiwaniu szczê¶cia. Powiedzia³em mu, ¿e za trzydzie¶ci lat te dziesiêæ tysiêcy drzew bêdzie wygl±daæ wspaniale. Odpowiedzia³ prosto, ¿e je¶li Bóg da mu do¿yæ, w ci±gu trzydziestu lat posadzi tyle drzew, ¿e te bêd± jak kropla wody w oceanie.
Zacz±³ te¿ zajmowaæ siê rozmna¿aniem buków i mia³ w s±siedztwie domu szkó³kê siewek buczyny wyhodowanych z orzeszków. Chronione od owiec parkanem ros³y znakomicie. Powiedzia³, ¿e my¶la³ równie¿ o brzozach w g³êbi dolin, gdzie woda le¿y parê metrów pod powierzchni± ziemi.
Nastêpnego dnia siê rozstali¶my.

Po roku nadesz³a I wojna, w której walczy³em przez piêæ lat. ¯o³nierz piechoty nie ma czasu my¶leæ o drzewach. Mówi±c prawdê, ca³a ta sprawa nie wywar³a na mnie wra¿enia. Uwa¿a³em, ¿e to rodzaj hobby, jak zbieranie znaczków, i ca³kiem o tym zapomnia³em.
Po zakoñczeniu wojny postanowi³em odetchn±æ ¶wie¿ym powietrzem. Bez uprzedniego planu, ponownie wszed³em na szlak wiod±cy przez te pustynne okolice.
Okolica siê nie zmieni³a. Tym niemniej, za martw± wiosk± zauwa¿y³em w oddali rodzaj szarej mg³y pokrywaj±cej wzgórza jak dywan. Nawet poprzedniego dnia my¶la³em o pasterzu, który sadzi³ drzewa. « Dziesiêæ tysiêcy dêbów, my¶la³em sobie, musi zajmowaæ sporo miejsca. »
Zbyt czêsto spotyka³em siê ze ¶mierci± w ci±gu tych piêciu lat, aby nie móc wyobraziæ sobie ¶mierci Elézearda Bouffier, zw³aszcza gdy cz³owiek ma dwadzie¶cia lat i my¶li o piêædziesiêciolatku, jak o starym dziwaku, któremu nie pozostaje nic innego, jak umrzeæ. Ale on nie umar³. W rzeczywisto¶ci by³ bardzo ¿wawy. Zmieni³ tylko zajêcie. Teraz mia³ zaledwie cztery owce i setkê uli. Pozby³ siê owiec, bo niszczy³y jego uprawê drzew. Powiedzia³ mi (co mog³em naocznie stwierdziæ), ¿e wojna nie zak³óci³a jego ¿ycia. W dalszym ci±gu nieprzerwanie sadzi³ drzewa.
Dêby wysiane w 1910 mia³y teraz 10 lat i by³y wy¿sze ode mnie i od niego. Widok sprawia³ wra¿enie. Zamilk³em, a ¿e on te¿ siê nie odzywa³, ca³y dzieñ spêdzili¶my w milczeniu, spaceruj±c po lesie. Podzielony na trzy czê¶ci, mia³ jedena¶cie kilometrów d³ugo¶ci i trzy szeroko¶ci w najszerszym miejscu. Kiedy u¶wiadomi³em sobie, ¿e wszystko to wyros³o dziêki rêkom i woli tego samotnego cz³owieka – bez ¿adnych maszyn – dotar³o do mnie, ¿e ludzie mog± dorównaæ Bogu w dziedzinach innych ni¿ niszczenie.
Zrealizowa³ swój kolejny pomys³ i buki, które siêga³y mi do ramion, rozes³ane jak okiem siêgn±æ, by³y tego dowodem. Dêby by³y wyro¶niête i grube, przesz³y wiek, kiedy mog³y staæ siê ofiarami zwierz±t, czy innych zdarzeñ. Teraz aby zniszczyæ jego pracê trzeba by zaprz±c huragan. Pokaza³ mi zagajniki brzozowe, które posadzi³ w 1915, gdy ja walczy³em pod Verdun. Sadzi³ je w dnach dolin, gdzie zgodnie z jego przewidywaniami, woda by³a p³ytko pod ziemi±. By³y one delikatne jak m³ode dziewczêta i rozwija³y siê znakomicie.
Wszystko to spowodowa³o rodzaj reakcji ³añcuchowej. On nie dba³ o to i uparcie kontynuowa³ swoje proste zajêcia. Ale wracaj±c do wsi, zobaczy³em wodê p³yn±c± strumykami tam, gdzie, jak siêgnê pamiêci±, zawsze by³o sucho. By³a to najbardziej uderzaj±ca zmiana, jak± mi pokaza³. Strumienie te nios³y wodê w dawnych, antycznych czasach. Z pewno¶ci± z³e wioski, o których wspomina³em, zbudowano na miejscu prastarych wsi galijskich, po których pozosta³y jeszcze ¶lady. Archeolodzy podczas wykopalisk znale¼li tam haczyki na ryby w miejscach, gdzie w bardziej wspó³czesnych czasach niezbêdne by³y cysterny, aby mieæ trochê wody.
Wiatr równie¿ dopomaga³, rozsiewaj±c nasiona. Gdy woda pojawi³a siê ponownie, powróci³y te¿ wierzby, krzaki, ³±ki, kwiaty i chêæ do ¿ycia.
Zmiany nastêpowa³y jednak tak wolno, ¿e uznano je za naturalne i nie budzi³y zdziwienia. My¶liwi wspinaj±cy siê na wzgórza w pogoni za zaj±cami, czy dzikami, widzieli wyrastaj±ce drzewka, ale uwa¿ali to za naturalne. Dlatego nikt nie pomy¶la³ o pracy tego cz³owieka. Gdyby go podejrzewali, zapewne udaremniliby jego plany. On sam te¿ nie pomy¶la³: Kto spo¶ród wie¶niaków, czy zarz±dców móg³by przypuszczaæ, ¿e ktokolwiek mo¿e z takim uporem kontynuowaæ tak wspania³y akt stworzenia?

Poczynaj±c od 1920 corocznie sk³ada³em wizytê Elzéardowi Bouffier. Nigdy nie widzia³em go za³amanego lub w±tpi±cego, i tylko sam Bóg móg³by powiedzieæ, czy by³a w tym Jego rêka! Nie mówi³em nic o jego rozczarowaniach, ale mo¿na sobie ³atwo wyobraziæ, ¿e przy takich dzia³aniach trzeba by³o walczyæ z niepowodzeniami, ¿e aby zapewniæ swej pasji zwyciêstwo nale¿a³o pokonaæ rozpacz. Jednego roku wysia³ on tysi±ce klonów. Wszystkie zmarnia³y. Nastêpnego roku da³ sobie spokój z klonami i wróci³ do buków, które radzi³y sobie nawet lepiej ni¿ dêby.
Aby mieæ pojêcie o jego wyj±tkowym charakterze, nale¿y pamiêtaæ, ¿e pracowa³ w ca³kowitej samotno¶ci, tak ogromnej, ¿e pod koniec ¿ycia odwyk³ od mowy – albo po prostu nie widzia³ ¿adnej potrzeby jej u¿ywania.

W 1933 odwiedzi³ go zadziwiony le¶nik. Urzêdnik ten zakaza³ mu paliæ ogniska na dworze, z obawy przed zagro¿eniem dla tego naturalnego lasu. By³ to pierwszy przypadek, gdy kto¶ powiedzia³ mu naiwnie, o panuj±cym powszechne przekonaniu, ¿e las wyrós³ ca³kowicie samoistnie. W tym czasie zamierza³ on sadziæ buki w miejscu odleg³ym dwana¶cie kilometrów od swgo domu. Aby unikn±æ ci±g³ych wêdrówek tam i z powrotem, a mia³ ju¿ wtedy 75 lat, postanowi³ zbudowaæ sza³as z kamienia w tamtej okolicy. Zrobi³ to nastêpnego roku.

W 1935 przyby³a na miejsce delegacja administracyjna, aby zbadaæ ten « naturalny las ». By³y wa¿ne osoby z le¶nictwa, deputowany i paru techników. Powiedziano wiele zbêdnych s³ów. Zdecydowano co¶ zrobiæ, ale na szczê¶cie nie zrobiono nic, z wyj±tkiem jednej u¿ytecznej rzeczy – wziêto las pod ochronê prawn± pañstwa i zakazano wypalania w nim wêgla drzewnego. By³o wrêcz niemo¿liwe nie poddaæ siê urokowi tych m³odych drzew w pe³nym rozkwicie. A las wywar³ oszo³amiaj±ce wra¿enie nawet na deputowanym.
W zarz±dzie le¶nictwa mia³em kolegê, który by³ cz³onkiem owej delegacji. Zdradzi³em mu tajemnicê pasterza. Którego¶ dnia w nastêpnym tygodniu wybrali¶my siê razem na spotkanie z Elzéardem Bouffier. Znale¼li¶my go przy pracy dwadzie¶cia kilometrów od miejsca, gdzie mia³a miejsce inspekcja.
Le¶nik nie by³ mym przyjacielem bez powodu. Zrozumia³ wagê rzeczy i postanowi³ zachowaæ milczenie. Zjedli¶my wspólnie w trójkê przek±skê z jajek, które wzi±³em ze sob±, a potem wêdrowali¶my w milczeniu parê godzin podziwiaj±c krajobrazy.
Zbocza wzgórz, którymi wêdrowali¶my porasta³y sze¶cio-, siedmiometrowe drzewa. Pamiêtam, jak wygl±da³a ta okolica w 1913 – pustynia... Spokojne i nieustanne zajêcie, czyste górskie powietrze, a szczególnie pokój ducha trzyma³y tego starca w dobrym zdrowiu. By³ on atlet± Boga. Zastanawia³em siê, ile hektarów obsadzi³ do tego czasu drzewami.
Przed rozstaniem mój kolega uczyni³ sugestiê dotycz±c± gatunków drzew, dla których tereny te wydawa³y siê wrêcz stworzone, ale nie upiera³ siê przy swoim. « Poniewa¿ », powiedzia³ mi potem, « ten facet zna siê na tych sprawach znacznie lepiej ode mnie ». My¶l ta zaprz±ta³a jego uwagê, bo po kolejnej godzinie doda³: « On wie o tych sprawach wiêcej ni¿ ktokolwiek – i znalaz³ dobry sposób, by byæ szczê¶liwym! »
Dziêki wysi³kom mego kolegi chroniony by³ las, jak równie¿ szczê¶cie starca. Zatrudni³ trzech le¶ników do jego ochrony i wp³yn±³ na nich tak, ¿e byli nieczuli na liczne dzbany wina, które drwale oferowali im jako ³apówkê za wyr±b.

Nie istnia³y dla lasu ¿adne powa¿ne zagro¿enia, poza wojn± w 1939. Samochody by³y wtedy napêdzane alkoholem drzewnym i nigdy nie by³o do¶æ drewna. Zaczêto wycinaæ dêby z 1910, ale drzewa te ros³y tak daleko od przejezdnych dróg, ¿e ca³e przedsiêwziêcie okaza³o siê finansowo nieop³acalne i wkrótce zosta³o zaniechane. Pasterz nic o tym nie wiedzia³. Przebywa³ 30 kilometrów dalej, spokojnie kontynuuj±c swoj± pracê, nie niepokojony przez wojnê, podobnie jak to by³o w 1914.

Ostatni raz widzia³em Elzéarda Bouffier w czerwcu 1945. Mia³ wtedy osiemdziesi±t siedem lat. Jeszcze raz wybra³em siê szlakiem przez pustkowia, aby stwierdziæ, ¿e mimo jatek, jakie wojna pozostawi³a w ca³ym kraju, pomiêdzy dolin± Durance, a wzgórzami zacz±³ kursowaæ autobus. Podró¿uj±c tym wzglêdnie szybkim ¶rodkiem lokomocji stwierdzi³em, ¿e nie potrafiê rozpoznaæ okolic, znanych z mych wcze¶niejszych wizyt. Zdawa³o mi siê, ¿e droga doprowadzi³a mnie w ca³kiem nowe miejsca. Spyta³em o nazwê wsi, aby upewniæ siê, ¿e jestem w tej samej okolicy, niegdy¶ tak zrujnowanej i spustoszonej. Autobus dowióz³ mnie do Vergons. W 1913, w wiosce z³o¿onej z dziesiêciu, czy dwunastu chat ¿y³o trzech mieszkañców. Mieszkali w dziczy, nienawidzili siê nawzajem i utrzymywali siê z polowania – fizycznie i umys³owo przypominali ludzi prehistorycznych. Pokrzywy poch³onê³y opuszczone domostwa w ich s±siedztwie. Ich ¿ycie nie dawa³o nadziei na poprawê, by³a to egzystencja w oczekiwaniu ¶mierci – warunki, jakie raczej nie rozwijaj± cnót.
Wszystko to siê zmieni³o, nawet powietrze. Zamiast suchych, brutalnych porywów wiatru, które wita³y mnie dawno temu, poczu³em ³agodn± bryzê nios±c± s³odkie zapachy. Us³ysza³em dochodz±cy z góry d¼wiêk zbli¿ony do szmeru p³yn±cej wody – by³ to szum wiatru w¶ród drzew. I najbardziej dziwne – us³ysza³em rzeczywisty d¼wiêk wody wp³ywaj±cej do sadzawki. Spostrzeg³em, ¿e zbudowali oni fontannê, która wype³nia³a woda, i co najbardziej mnie zdumia³o, ze obok zasadzili drzewko cytrynowe, które musia³o mieæ co najmniej cztery lata – niezaprzeczalny symbol zmartwychwstania.

Poza tym, Vergons wykazywa³o objawy robót, dla których nadzieja jest konieczna – nadzieja musia³a wiêc tam powróciæ. Oczy¶cili ruiny, rozebrali wal±ce siê mury i odbudowali piêæ domów. Wioska liczy³a teraz dwudziestu o¶miu mieszkañców, w tym cztery nowe rodziny. Nowe domy, ¶wie¿o otynkowane, otacza³y ogródki, w których s±siadowa³y ze sob± warzywa i kwiaty, kapusta i krzewy ró¿, pory i lwie paszcze, selery i zawilce. By³o to teraz miejsce, w którym ka¿dy z chêci± by zamieszka³.
Stamt±d ruszy³em dalej pieszo. Wojna, z której ledwie wyszli¶my, nie pozwoli³a ¿yciu zanikn±æ ca³kowicie, i £azarz wyszed³ z grobu. Na ni¿szych stokach gór zobaczy³em poletka jêczmienia i ry¿u, na dnie w±skich dolin zieleni³y siê ³±ki.
Zaledwie osiem lat dzieli nas od czasów, gdy ca³a okolica wokó³ rozkwit³a. Na miejscu ruin z 1913 s± teraz dobrze utrzymane gospodarstwa, znak szczê¶liwego i dostatniego ¿ycia. Stare ¼ród³a, karmione deszczem i ¶niegiem, zatrzymywanymi przez lasy, zaczê³y ponownie p³yn±æ. Strumyki zosta³y skanalizowane. Obok ka¿dego domu, w¶ród kêp drzew, szemrz± fontanny otoczone wokó³ dywanem miêty. Poma³u wioska ulega³a przemianie. Ludzie przybywaj± z nizin, gdzie ziemia jest w cenie, przynosz±c m³odo¶æ, poruszenie i ducha przygody. Wêdruj±c drogami spotkasz mê¿czyzn i kobiety ciesz±cych siê zdrowiem, ch³opców i dziewczêta znaj±ce ¶miech, przywracaj±cych uroki festiwali ludowych. Licz±c dawnych mieszkañców i nowoprzyby³ych, ponad dziesiêæ tysiêcy ludzi zawdziêcza swe szczê¶cie Elzéardowi Bouffier.

Gdy pomy¶lê, ¿e samotny cz³owiek, w oparciu o w³asne si³y fizyczne i duchowe, by³ w stanie przekszta³ciæ pustynie w krainê Kanaan, u¶wiadamiam sobie, ¿e pomijaj±c wszystko, cz³owiek jest istot± godna podziwu. A kiedy wezmê pod uwagê sta³o¶æ, si³ê ducha i niesamolubne po¶wiêcenie, które by³y niezbêdne do dokonania tych zmian, jestem pe³en bezgranicznego podziwu dla tego starego, prostego wie¶niaka, który wiedzia³ jak wykonaæ pracê godn± Boga.

Elzéard Bouffier zmar³ w pokoju w roku 1947 w przytu³ku w Banon.

__________________________________________________________

Nowelê tê Jean Gino napisa³ w okolicy roku 1953, ale nie jest ona zbyt szeroko znana we Francji. Z drugiej strony, przet³umaczona na trzyna¶cie jêzyków, rozpowszechni³a siê po ca³ym ¶wiecie i wzbudzi³a znaczne zainteresowanie osob± Elzéarda Bouffier i lasami Vergons, co przyczyni³o siê do ponownego odkrycia tekstu. Choæ cz³owiek, który sadzi³ dêby jest tworem wyobra¼ni autora, rzeczywi¶cie w regionie tym wyst±pi³ znaczny wzrost odnowy zalesienia, zw³aszcza po 1880. Sto tysiêcy hektarów zosta³o zalesione przed pierwsz± wojn± ¶wiatow±, g³ównie sosn± czarn± i modrzewiem europejskim, tworz±c dzi¶ wspania³e lasy, które zmieni³y zarówno krajobraz, jak i gospodarkê wodn±.
Poni¿ej zamieszczamy list dotycz±cy opowiadania, napisany przez Giono do pana Valdeyrona, szefa Zarz±du Wód i Lasów w Digne, w roku 1957 :

Szanowny Panie,
Przykro, ¿e pana rozczarujê, ale Elzéard Bouffier jest tworem wyobra¼ni. Celem by³a mi³o¶æ do drzew, a raczej rozbudzenie zami³owania do sadzenia drzew (co od zawsze by³o jedn± z mych najg³êbszych pasji). S±dz±c po wynikach, cel zosta³ osi±gniêty przy u¿yciu wyimaginowanej postaci. Tekst, który przeczyta³ Pan w Trees and Life, zosta³ przet³umaczony na duñski, fiñski, szwedzki, norweski, angielski, niemiecki, rosyjski, czeski, wêgierski, hiszpañski, w³oski, jidisz i polski. Zrzek³em siê praw za te wszystkie t³umaczenia. Pewien Amerykanin spotka³ siê ze mn± ostatnio, w celu uzyskania zgody na druk i bezp³atn± dystrybucjê w Ameryce 100 000 egzemplarzy (na co oczywi¶cie przysta³em). Uniwersytet w Zagrzebiu pracuje nad t³umaczeniem na chorwacki. Jest to jeden z moich tekstów, z których jestem najbardziej dumny. Nie przyniós³ mi ani grosza, natomiast dzia³a w zakresie, o którym napisa³em powy¿ej.
Chcia³bym siê z Panem spotkaæ, aby porozmawiaæ konkretnie o praktycznym spo¿ytkowaniu opowiadania. Wierzê, ¿e nadesz³y czasy, w których bêdziemy prowadzili "politykê drzew", choæ s³owo polityka zdaje siê niezbyt w tym kontek¶cie pasowaæ.

Z powa¿aniem,
Jean Giono



Je¿eli masz na swoim koncie ciekawe opracowanie (nawet je¶li to wypracowanie szkolne) na temat drzew, pochwal siê nim, mo¿e je opublikujemy!
©2000-2012 drzewa.net | Wspólpraca | Prawa autorskie | SEO Monitor by MyPagerank.Net